piątek, 09 listopada 2012

 

Egzemplarz „Zawału” Mirona Białoszewskiego, który posiadam podzielił mi się na trzy części. Na tyle samo, ile jest rozdziałów w książce. Jednak fragmenty nie pokrywają się z rozdziałami. Wydana przez PIW w 1977 roku książka nie wytrzymała wszystkich czytań, a że klejona, to wygląda jak wygląda. Na szczęście folia chroniąca okładkę trzyma się jeszcze mocno. Równie mocno trzyma się proza autora „Obrotów rzeczy”, chociaż od premiery minęło blisko czterdzieści lat. Ujęta w formę dziennika utrwala okres od pobytu Białoszewskiego w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, poprzez pobyt na kuracji w Inowrocławiu i powrót do Warszawy po rekonwalescencji.

Z twórczością Białoszewskiego „na poważnie” zetknąłem się w 1986 roku podczas pobytu na koloniach w Jeleniej Górze. Wszystko za sprawą przesympatycznej „Pani”, opiekunki naszej grupy, z którą gawędziliśmy sobie na różne tematy podczas zwiedzania Karkonoszy, między innymi o twórczości wspomnianego autora. Pewnego dnia sprawiła mi ogromną niespodziankę przynosząc dwie lub trzy książki. Na pewno pożyczyła mi wtedy „Szumy, zlepy, ciągi” i „Donosy rzeczywistości”, nie jestem pewien czy przypadkiem nie znalazły się tam również „Obroty rzeczy”. Tak więc, zamiast spędzać popołudnia na grze w piłkę i podrywaniu koleżanek z kolonii, zaczytywałem się prozie i poezji nie żyjącego wtedy już od trzech lat twórcy „Teatru Osobnego”. O „Zawale” usłyszałem dużo później a jeszcze później miałem okazję przeczytać tę książkę i była to „miłość od pierwszego czytania”.

Wróćmy jednak do książki opisującej wydarzenia rozgrywające się między listopadem 1974 a lutym 1975 roku. Wszystko zaczęło się 28 listopada 1974 roku. Tego dnia Białoszewski dostał pierwszego zawału, drugi w 1983 roku okazał się już śmiertelny. Jednak w 1974 roku, po kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu Białoszewski trafia do Inowrocławia, do tutejszego Uzdrowiska, w którym spędzi niespełna miesiąc. Okres ten stał się pretekstem do napisania książki – dziennika. „Zawał”, jak potwierdza Justyna Sobolewska przy okazji recenzji „Chamowa”, został początkowo przyjęty dosyć chłodno, przed wszystkim przez otoczenie Poety. Mimo to, do dziś pozostaje najlepszym polskim dziełem literackim, dotyczącym tematyki tej zbierającej ciągle w naszym kraju tragiczne żniwo choroby cywilizacyjnej.

Inowrocław

Gdyby nie daty, można by pomyśleć że przynajmniej w scenerii szpitalnej akcja rozgrywa się współcześnie. Białoszewski z humorem i kronikarską dbałością przedstawia galerię osób, z którymi się zetknął zarówno w warszawskim szpitalu jak i w inowrocławskim sanatorium.

Najobszerniejsze fragmenty dziennika poświęcone są pobytowi w inowrocławskim uzdrowisku między 3 stycznia a 30 stycznia 1975 roku. Przyjazd do kurortu na Kujawach Zachodnich nie był aż tak oczywisty, gdyż Białoszewski posiadał alternatywę w postaci Konstancina pod Warszawą. Jednak zadając sobie w noc sylwestrową pytanie: „Co to jest Inowrocław?”, żył już wyjazdem w ten nieznany mu rejon Polski.

Inowrocław_2

Inowrocław oglądany oczyma autora „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” to dwa światy – pierwszy „senny” nudny wręcz, oparty na rutynie świat uzdrowiskowego szpitala i jego otoczenia. Opisując ten świat, Białoszewski koncentruje się bardziej na ludziach, współlokatorach, kuracjuszach z dalszego otoczenia oraz personelu i interakcjach zachodzących między nimi. O ile wydarzenia rozgrywające się w budynku sanatorium, w pokoju który przyszło mu dzielić z dwoma innymi kuracjuszami opisuje szczegółowo, to już „oczko w głowie” inowrocławian – park uzdrowiskowy, czyli tak zwane Solanki, nie robią na autorze „Szumów, zlepów, ciągów” wrażenia: „Poszwendałem się między mokrymi wyblakłościami. Nie za długo. I wróciłem. Stwierdzając, że lepiej, że to zima. W lecie ta cała uzdrowiszczyzna byłaby nie do zniesienia.” Opis spaceru po parku uzdrowiskowym przynosi również próbkę poczucia humoru Białoszewskiego, który w końcu trafia na „symbol” uzdrowiska czyli rzeźbę nazywaną potocznie przez inowrocławian „Plotkarkami” – „Natknąłem się na rzeźbę z trzema gołymi wypiętymi dupami trzech dziw, które ściupiły się głowami i coś sobie szepcą do ucha. Oglądały tę grupę akurat trzy dziewczynki.”

Inowrocław_4

Za każdym razem, kiedy czytam ten fragment wybucham śmiechem. Zastanawiam się też czy nie przecięły się w Solankach nasze ścieżki, bo już jako berbecia a wtedy takim właśnie byłem, wożono na spacery do parku bez względu na porę roku. Zresztą nie tylko mnie, bo już kilka ładnych pokoleń małoletnich inowrocławian wożonych jest lub prowadzanych tamże na spacery. To również „odwieczne” miejsce randek, spotkań towarzyskich w kawiarenkach i „pod chmurką” czy ulubione miejsce plenerów fotograficznych nowożeńców. W weekendy, co zapewne spodobałoby się Panu Mironowi, głównym deptakiem, spacerowicze idą głowa przy głowie podążając w stronę Tężni i aleja przypomina trotuar metropolii. Jednak kiedy on kurował się w Inowrocławiu tej budowli jeszcze nie było, a na tym miejscu znajdowała się woliera z pawiami i innym ozdobnym ptactwem.

Drugi świat, to „dynamiczny” obraz centrum Inowrocławia. Jeszcze będąc w autobusie wiozącym go z grupą kuracjuszy do sanatorium Białoszewski stwierdza: „Wjeżdżanie do Inowrocławia ani nie zachwyciło, ani nie rozczarowało, chociaż ruch spory, domy są, ludzie idą, skwer, na skwarze pomnik, ktoś siedzi… my w lewo trochę w dół, a na prawo miga mi ruchliwy narożnik – tam! – krzyknęło mi miejskie serce.” I już od pierwszego dnia pobytu, do miasta będzie uciekał przy każdej nadarzającej się sposobności: a to by nadać telegram, kupić piżamę, kapcie, kieliszek czy skorzystać z usług salonu fryzjerskiego „Izolda”. Białoszewski błyskawicznie uczy się nazw ulic: Narutowicza, Solankowa, Królowej Jadwigi. Co wcale łatwe nie jest, bo choć dziś Inowrocław ma nieco więcej ludności niż Praga Północ i zajmuje obszar przybliżony do Mokotowa, to nazewnictwo ulic sprawia wiele kłopotów również i autochtonom. Spacerując po mieście Białoszewski zaczyna się bardzo szybko orientować w topografii obcego, wtedy siedemdziesięciotysięcznego miasta, tak jakby spędził tu nie miesiąc a kilka lat. Z zaciekawieniem wsłuchuje się w jego miejską gwarę: „gdzie tu jest teatr?/tą kulawką i w lewo/słucham?/tym deptakiem i w lewo”.

Inowrocław_3

Szczególną uwagę zwraca zainteresowanie Poety architekturą, przygląda się z ciekawością secesyjnym kamieniczkom przy ulicy Królowej Jadwigi, kościołom: Świętej Barbary i Świętego Maurycego, Zwiastowania Najświętszej Marii Panny czy świątyni która ma za patronkę Najświętszą Marię Pannę ale konia z rzędem temu, kto usłyszy od rodowitego mieszkańca Inowrocławia nazwę inną niż „Ruina”. Próbuje również dostać się do, mieszczącego się wtedy w Centrum, Muzeum Jana Kasprowicza.

Spacerując z Mironem Białoszewskim po Inowrocławskich ulicach odniosłem wrażenie, że czas stanął w miejscu. Co prawda, Śródmieście i Rynek zmieniło się od tamtego czasu, nie ma już sklepów, w których zdobywał towary, zmienił się budynek teatru. Muzeum Jana Kasprowicza przeniesiono w pobliże Uzdrowiska, a w dawnym budynku muzeum mieści się Instytut Prymasowski, a „Ruina” jest teraz oficjalnie Bazyliką Mniejszą. Nie ma już kawiarni, restauracji i barów z tamtych lat. Zniknął też z powierzchni ziemi budynek szpitala uzdrowiskowego, w którym przebywał autor „Mylnych Wzruszeń”. Pozostało jednak coś co autor „Tajnego Dziennika” uchwycił fenomenalnie – klimat miasta, które do dzisiaj żyje w stanie schizofrenii, gdzie obok siebie toczy się senne życie uzdrowiska i przynajmniej za dnia, tętni życiem jego Centrum. Tak jak w rzeczywistości – Miasto i Uzdrowisko, to dwa odrębne organizmy, żyjące własnym rytmem i w tym upatruję mistrzostwo Białoszewskiego, który potrafił oddać w prozie to rozdwojenie „Miasta na Soli”. Przy okazji sprawił, że patrząc jego oczyma na rodzinne miasto dostrzegam, że i dla „człowieka stąd” może stać się przygodą odkrywanie jego zaułków, przesmyków i miejsc, na które w codziennym galopie zupełnie nie zwraca się uwagi. Jest to, przynajmniej dla mnie książka szczególna ale sądzę, że zainteresuje nie tylko miejscowych ale przede wszystkim przyjezdnych, a tych w związku z dynamicznym rozwojem uzdrowiska do „Miasta na Soli” przybywa coraz więcej. Co prawda trudno „Zawał” traktować jako typowy przewodnik po mieście i uzdrowisku, bo tych z kart książki już nie ma, lecz Białoszewski utrwalił w swoim dzienniku coś istotniejszego. Ducha miasta.

Inowrocław_Sol

I pomyśleć, że Miron Białoszewski mógł spędzić czas na kuracji w „wiadomym” i „nudnym” Konstancinie, a wybrał „niewiadomy” i „zupełnie nieznany Inowrocław”.

Wszystkie cytaty pochodzą z: Miron Białoszewski "Zawał" PIW 1977; Wyd. I